Dziś powinno być jakieś urodzinowe zdjęcie mojego męża (i nawet miałam cyknięty pseudo-torcik), ale ten puszek, który znalazłam na stole jak pisałam strony rano, wygrał.
To niesamowite jak czasem takie małe, pozornie zwyczajne rzeczy, potrafią zachwycić.
I tak w sumie jest trochę z drugim człowiekiem.
Nie zakochujemy się na wieki w wielkich rzeczach. Nikt nie udźwignie wielkości na co dzień. Najbardziej ruszają drobne gesty i normalność.
M. twierdzi, że po 40-tce to już nie ma z czego się cieszyć w urodziny. Ale myślę, że można chociażby z tego, że sie dożyło i jest się w stanie wstać z łóżka, nawet jak tam się gdzieś po drodze drobne „ał” wymsknie 😉
Najlepszego, Kochanie!
(i nie, żebym tego nie pisała 10 dni później, ale najlepszego nigdy nie za mało :D)

