Tym razem drogę do Gdańska zafundowałam sobie w wersji z widokiem na Ślężę. Akurat było trochę koreczka i poprowadziło nas inną drogą niż zwykle – ale zdecydowanie przyjemniejszą jeżeli chodzi o widoki.
Choć moja noga niespecjalnie była szczęśliwa z koreczków na A4. Jeszcze na tempomacie to nie ma problemu, ale trzymanie gazu/hamulca na dłuższą metę boli.
I szczerze mówiąc to tak jak uwielbiałam jeździć w trasy, zawsze na jakieś wakacyjne wyjazdy pchałam się za kierownicę, to teraz mi to lekko zbrzydło. Może nawet nie tyle zbrzydło – bo nadal uwielbiam jeździć – ale stało się przymusem. Muszę pojechać bo muszę gdzieś być, a niekoniecznie chcę. I niekoniecznie jadę po odpoczynek, często taka trasa jest początkiem paru dni na 150% mocy i jestem zmęczona na samą myśl zanim jeszcze przekręcę kluczyk 😀
(Swoją drogą ciekawe kiedy „przekręcić kluczyk” stanie się takim „wykręcić numer telefonu” albo „odpalić kuchenkę” ;-))
No i nie oszukujmy się – czasy, gdy 9h za kółkiem nie robiło na mnie wrażenia fizycznego, odeszły… 😉