Od rana padało i było blebleble, i nawet wieczorny pomysł, żeby skoczyć jeszcze na grzyby zanim ruszę na południe, jakoś zbladł…
Ale tata poszedł tylko „za płot” i znalazł tyle, że stwierdziliśmy, że nie ma bata, idziemy.
No i powiem wam, że gdyby nie to, że dobre 2/3 było w wersji „proteinowej” to byłoby pięknie. A najciekawsze było to, że wielkie jak talerz kozaki były zdrowe. A tyle śliczniutkich borowików pozjadanych…

