Są takie momenty, gdy nie wiesz, czy zrobienie mniej niż zwykle to zwycięstwo czy porażka.
Tak, przepłynęłam mniej niż zwykle (kilometr to taki mój standard, choć ostatnio słabo kultywowany), ale w ogóle wybrałam się na basen, pomimo, że mój mąż nie mógł i pomimo, że dzień później miałam umówiony RCKiK.
I tak naprawdę ta myśl gdzieś w okolicy 400m, że „kurczę, co ja robię, przecież trzeba być wypoczętym na donację!” sprawiła, że skróciłam dystans.
A tak ogólnie to ostatnio jestem paździochem, tempo słabe, kondycja żadna… Stres jest suką, cała ta akcja z remontem, który nie może dojść do skutku sprawiła, że zamiast kwitnąć walczę o przetrwanie. A już było tak pięknie, mieliśmy mieć taką kondycję i siłę przed tym remontem…

