Udało mi się pojechać z dzieciakami na rowery do parku tuż przed burzą.
Już coś tam popadywało po drodze, więc było to dla mnie dość poważne wyjście poza strefę komfortu – tak po prostu, bez żadnej kurtki przeciwdeszczowej ani niczego, pojechać na rower i ryzykować, że będzie na mnie padać. I padało. Ale przeżyłam 😉
Ostatnio zauważam wryte nie wiem skąd przekonanie, że zimno i mokro są śmiertelnym zagrożeniem. Zimno to z gór – i nie raz były to bezpośrednie przykłady, że to JEST problem. Mokro z dzieciństwa, jeszcze z dziadkiem na jachcie – bo drewniany i zakiśnie jak będzie zbyt mokro w środku. No i góry też – bo przemoczenie = hipotermia.
I tak mi się to wryło, że przekładam to na banalne sytuacje w „normalnym” życiu. Pomimo że w sumie nie ma takiej potrzeby.
Ale czasami udaje się wyjść z tego schematu… I nic strasznego się nie dzieje 😉

