Młody chciał pójść na ryby (ma papiery na łowienie w Katowicach), a M. miał akurat szychtę w robocie. Więc co? Zebraliśmy się, szybka kawka, po drożdżówce vel pączku w piekarni „na śniadanie”, strony i kinde w torbie i dawaj nad stawy 🙂
Bosz, ale to było dobre…
Ogólnie jakby ktoś mi by powiedział, że będę szczęśliwa wychodząc o 7:30 w sobotę z domu, to nie do końca bym się zgadzała z tą teorią. Ale tym razem to było super.
W końcu trochę cienia, przyjemny chłodek od jeszcze wilgotnej trawy, miejskie nawet wygodne leżaczko-siedziska, cisza, spokój… no mega 🙂
To jedna z takich rzeczy, którą by się chciało robić częściej, ale nigdy się potem tego nie chce robić….

