A tego to się nie spodziewałam… Dracena mi zakwitła!
Jakiś miesiąc (a może to był inny przedział czasowy?…) temu coś mi ją „spaliło”. Nie wiem, czy to ten moment, gdy na chwilę była na zewnątrz, bo M. odmalowywał okno, czy czymś została pochlapana, w każdym razie miałą totalnie pousychany czubek, zresztą jeszcze tu widać ślady na liściach.
Ogólnie to stoi z czubkiem powyżej mojej linii wzroku, więc nie dostrzegłam od razu co tam się dzieje. Podobno nie jest to takie oczywiste, że te kwiaty kwitną. I podobno to nie jest tak jak z agawami, że potem marnieją. Więc chyba dobrze 😉
Ciekawe, że ostatnio nam difenbachia zakwitła, teraz dracena… Czekam na monsterę 😉

