Przyjechali!
Naprawdę przyjechali zacząć nam remont.
Nie istotne, że w piątek po 13-tej, z rusztowaniem, które nie zgadzało sie wymiarami z tym, co potrzebne, i że w sumie bez wcześniejszej zapowiedzi, więc chowałam ostatnie rzeczy na gwałtu-rety (włącznie z przeparkowywaniem mężowskiej „sety”, co nie należy do trywialnych zadań ;-)), bo skoro w czwartek nie było info, to znaczy, że nie przyjadą i odpuściliśmy parę rzeczy. I że byli w sumie może godzinkę.
ALE BYLI!
Po roku od spakowania strychu, po tylu tekstach „będziemy jutro/za tydzień”… przyszli.
Wątpię, żeby w przyszłym tygodniu zaczęli jakoś mocno z demontażem, ale still. Coś się zaczęło, tablica informacyjna wisi, jakby to wszystko, o czym gadamy od roku, zaczyna się urzeczywistniać. I może w końcu nasi rodzice przestaną nam zadawać odwieczne pytanie „kiedy wejdą”. Idę o zakład, że teraz będzie „kiedy skończą” 😀

